RZEKA I KOŁO CZASU

Obiekty
Pomoc

                               
  • Kliknij w obiekty na tarczy zegara.
    Możesz też użyć górnego i bocznego menu prezentacji.
Przejdź do prezentacji
X

RZEKA I KOŁO CZASU

Michał Choptiany Pobierz tekst
Podziel się
  • Email
  • Do:
  • Temat:
  • URL:
E-mail Facebook Twitter
Google Plus Share
  • Udostępnij na stronie
Chociaż wszyscy w czasie jesteśmy zanurzeni, czas odmierzamy, według czasu – zarówno w rytmie dziennym, jak i rocznym – żyjemy, nie wiemy w zasadzie, czym czas właściwie jest. Potrafimy wskazać sytuacje, kiedy czasu nam zabrakło, możemy mówić o tym, że coś – na przykład obiekt muzealny – zostało nadgryzione przez ząb czasu, czyli jest stare i podniszczone, lub że chociażby czas obszedł się z czymś lub kimś łaskawie, czyli pozwolił komuś, jak się zwykło potocznie mawiać, „ładnie się zestarzeć”. Za wszystkimi tymi przejawami językowego ujmowania zjawiska czasu kryją się próby – czasami zabawne, zawsze jednak naznaczone pewną dozą bezradności – oswojenia absolutnej abstrakcji, jaką czas w istocie jest. Potrafimy go na różne sposoby zmierzyć, potrafimy pokazać jego działanie (czy też raczej to, że inne przedmioty, tak jak my, również istnieją w czasie). Próbujemy wreszcie uczynić z niego coś w rodzaju istoty posiadającej możność działania w taki sposób, jakby była człowiekiem lub zwierzęciem (nadgryzanie, obchodzenie się z czymś, oszukiwanie), jednak żadną miarą nie przybliża nas to do poznania odpowiedzi na pytanie, czym właściwie czas jest. Z kolei wyjaśnienia formułowane zarówno przez filozofów, jak i współczesnych naukowców, by wziąć przykłady Immanuela Kanta i Edmunda Husserla z jednej oraz twórcy teorii względności Alberta Einsteina z drugiej strony, czynią te poszukiwania jeszcze bardziej skomplikowanymi. Wszystkie próby udzielenia odpowiedzi dotyczącej istoty tego elementu są wysoce niezadowalające i nieostateczne, dlatego nie należy się raczej spodziewać, aby w najbliższym czasie, mierzonym miesiącami czy latami, czas – jako abstrakcja – objawił przed nami swoje pełne oblicze.

Nawet jeśli próby teoretycznego rozwikłania zagadki czasu nieszczególnie nas interesują, czasowi podlegamy i usiłujemy nad nim jakoś zapanować, nadać mu pewien porządek, i to zarówno w skali mikro, obejmującej czas mierzony zegarami, jak i w skali makro, obejmującej lata lub nawet całe epoki. Oprócz praktyk językowych związanych z czasem możemy mówić również o wielu sposobach przedstawiania jego upływu bądź też narzucania mu pewnego porządku. Wszystkie cywilizacje wypracowały w trakcie swojego istnienia metody nadawania czasowi wyraźnej, powtarzającej się w regularnych cyklach struktury, kierując się zawsze obserwacjami biegu ciał niebieskich na firmamencie i próbując przenieść wyniki tych obserwacji na płaszczyznę ludzkiej aktywności. Pisze się zwykle, że już starożytni Grecy, Rzymianie lub inne narody rozpoznali znaczenie jakiegoś zjawiska i zazwyczaj uchodzi to za absolutny banał, uczniowską próbę zawiązania początku wypracowania. Tymczasem, akurat w wypadku czasu takie stwierdzenie ma jak najbardziej sens, przy czym do Greków i Rzymian należy jednak dodać w zasadzie wszystkie możliwe kultury świata starożytnego – Mezopotamię, Egipt, Palestynę, Indie, Chiny, Japonię – zob. pochodzący z 1912 roku
druk z japońskim kalendarzem Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha

więcej o obiekcie

– czy wreszcie cywilizacje obu Ameryk. Najstarsze próby mierzenia czasu, jeszcze niedokładne, opierające się jedynie na przybliżonych pomiarach pozornego ruchu Słońca i Księżyca na nieboskłonie, otwierają wielką ewolucję miary czasu, jaką jest rok kalendarzowy, oraz jednostek drobniejszych, takich jak chociażby doba i godzina. Czas jako element kultury ma bowiem swoją własną, zanurzoną w czasie i analizowaną przez badaczy przeszłości, historię.

Cykliczność kalendarza miała ważną kulturotwórczą rolę – pozwalała na ustalanie terminów świąt ważnych dla każdej z kultur, a ich oparta na przyjętej mierze czasu powtarzalność stabilizowała rytm życia społeczności i sprawiała, że posiadała ona wspólne punkty odniesienia. W wypadku kultury żydowskiej jest to chociażby święto Paschy, obchodzone 14. dnia miesiąca nisan na pamiątkę wyjścia Izraelitów z Egiptu pod przywództwem Mojżesza, w wypadku chrześcijan – skorelowane z żydowskim świętem Pesach święta Wielkiejnocy, zwane niekiedy Paschą chrześcijańską, które były uzależnione zarówno od terminu obchodzenia Paschy przez Żydów, jak i niektórych zjawisk astronomicznych, takich jak równonoc wiosenna i wystąpienie pierwszej pełni księżyca po tym terminie 1.

Fakt, iż kalendarz stanowił jedynie matematyczne przybliżenie faktycznej długości roku słonecznego, który na dodatek ma różną długość od roku księżycowego (ten ostatni liczy o nieco ponad 11 dni mniej), sprawił, że podejmowane były liczne próby udoskonalania kalendarzy oraz ustalania sposobów wyznaczania dat świąt. Wraz z odkryciami geograficznymi i rozwojem pogłębionych badań historycznych w nowożytnej Europie zaczął się rodzić coraz większy niepokój wśród uczonych, związany z datowaniem ważnych wydarzeń z przeszłości, w tym chociażby wydarzeń mających fundamentalne znaczenie dla chrześcijaństwa, jak narodziny i śmierć Jezusa. Krytyka historyczna i wyznaczanie daty Wielkiejnocy były do pewnego stopnia niczym (teoretyczny, gabinetowy) awers i (praktyczny) rewers jednego zagadnienia związanego z chrześcijańską tradycją: nieliczni angażowali się w spory o biblijną chronologię lub dywagacje o naturze gwiazdy betlejemskiej w świetle starożytnych źródeł, wszystkich jednak w jakimś stopniu dotykał rytm świąt i przekładalności dat z różnych systemów miary czasu.

Małopolska, a konkretnie małopolscy uczeni, mieli swój udział w tych akademickich zmaganiach z czasem. To z małopolskiego Olkusza pochodził Marcin Biem, żyjący na przełomie XV i XVI wieku astronom i astrolog, profesor Akademii Krakowskiej, który sformułował propozycję korekty spóźniającego się już znacznie kalendarza juliańskiego, zachowaną w postaci rękopisu w Bibliotece Jagiellońskiej (rkps nr 1853). To w Krakowie pod koniec XVI wieku rozgorzała wielka kontrowersja pomiędzy kolejnym astrologiem, Janem Latoszem, a działającymi tam jezuitami. Latosz, jako jedyny krakowski uczony, ośmielił się zakwestionować astronomiczne fundamenty zreformowanego w roku 1582 kalendarza, nazwanego na cześć papieża Grzegorza XIII – gregoriańskim. Wprawdzie krakowski medyk i astrolog mylił się w swojej propozycji, którą znamy jedynie z zachowanych do dnia dzisiejszego wzmianek jego autorstwa oraz kierowanych przeciw niemu zarzutów, zaś jego błąd wziął się z nie dość dokładnych obliczeń. Wzniecony przez Latosza spór o miarę czasu zaistniał w przestrzeni publicznej ówczesnej stolicy Rzeczypospolitej: to za jego sprawą Kraków był świadkiem gorącej wymiany druków ulotnych publikowanych przez podwawelskich wydawców. Wierni uczęszczający m.in. do administrowanego wówczas przez jezuitów kościoła św. Barbary mogli słuchać tyrad zakonników pod adresem astrologa, a w Kamienicy pod Blachą przy Rynku Głównym ciekawscy oczekiwali jednego razu na dysputę Latosza z jezuitami, na którą ten pierwszy ostatecznie się nie stawił. To w Akademii Krakowskiej działał wreszcie pochodzący z Kurzelowa na kielecczyźnie Jan Brożek, który w latach 40. XVII wieku napisał dwie broszury mające przekonać unitów do przyjęcia kalendarza gregoriańskiego (Apologie kalendarza rzymskiego powszechnego), co w jego przekonaniu mogłoby doprowadzić do jeszcze większej jedności pomiędzy dwoma chrześcijańskimi wyznaniami. Do takiego aktu uznania zreformowanego kalendarza nigdy na szerszą skalę nie doszło, a do nielicznych przykładów pewnego wpływu ówczesnej dyskusji na zmianę postawy religijnej należy zaliczyć przypadek Kasjana Sakowicza. Urodzony w rodzinie prawosławnej, w pewnym momencie przyjął on obrządek grekokatolicki, a w latach 40. XVII wieku – m.in. za sprawą kontrowersji związanych z kalendarzem – wstąpił do rzymskokatolickiego zakonu augustianów i zamieszkał w położonym nieopodal Wawelu klasztorze tego zgromadzenia (znajdującym się przy kościele św. Katarzyny). Zmagania krakowskich uczonych z czasem – tutaj ograniczone do wspomnienia jedynie kilku postaci – to temat szeroki jak rzeka (czasu). Niezależnie jednak od tego, czy w owych intelektualnych zapasach chodziło o poprawę kalendarza czy przekonanie kogoś do jego używania, wszyscy zaangażowani w nie napotykali ten sam problem. Wiedzieli, na czym polega trudność z dokładnością mierzenia czasu, wiedzieli, że rozwiązanie dla tego problemu można znaleźć, ale wciąż nie potrafili odpowiedzieć w jasny i przekonujący sposób na pytanie o to, czym czas jest 2. Jeden ze spierających się z Janem Latoszem jezuitów, Marcin Łaszcz, w wydanym w roku 1603 w krakowskiej Drukarni Łazarzowej druku zatytułowanym Zwierciadło roczne na trzy części rozdzielone (z obawy przed ostrością krytyki Latosza opublikowanym pod pseudonimem – Szczęsny Żebrowski), podał trzy przyczyny odpowiedzialne za to, że „czasowa natura jest trudna”:

„Takowej trudności trzy przyczyny mogą być naznaczone. Pierwsza, iż każda rzecz im jest w naturze swej istoty subtelniejszej, tym do pojęcia mniej w sobie miewa łatwości. Takie jest przyrodzenie rzeczy wzajem sobie następujących, których wszytka istota na samej sukcesyjej zawisła.

Druga przyczyna trudności. Nieba, z których obrotu czas płynie, są nader (jako to niżej poznasz) wysokie, odległości ich doźrzeć oku trudno, dziwnie w biegu bystre, prędkości tam dobieżeć nogom mierniczego nie podobno. Do tego one koła niebieskie w doskonały cyrkuł są okrągłe, a nasze miary proste, łokciowe na pomiar rzeczy okrągłych niesposobne. Samemu Autorowi czasów takowy rozmiar jest należyty, jako świadczy Job: Od wszechmocnego nie są zakryte czasy, a którzy go znają, nie wiedzą dni jego.

Trzecia przyczyna, moim zdaniem nagłówniejsza. Iż to tak Bóg Wszechmogący mieć chciał, aby ludzie ćwiczenia nie odstępowali, mądrością nie pogardzali, do próżnowania przyczyny nie mieli, abo się więc do dwornego w istności i to naturze boskiej spierania nie udali, o co kusiłby się pewnie człowiek, gdyby mu w rzeczach od Boga stworzonych nic nie zostawało ku dalszemu zrozumieniu” 3.

Chociaż czas jako abstrakcyjna kategoria, jak i próba ustrukturyzowania go w postaci teorii kalendarza, nie były łatwym, ani dostępnym dla wszystkich przedmiotem rozważań, potrzebne były praktyczne rozwiązania pozwalające się w czasie orientować, zarządzać nim, snuć plany na przyszłość – czyli robić dokładnie to, co wielu z nas próbuje czynić również dziś, wpisując kolejne terminy oraz żałując, że doba nie ma przynajmniej o jedną godzinę więcej, a rok nie jest wykonany z gumy i nie daje się rozciągnąć w zależności od potrzeb.

Nie trzeba być astronomem, żeby móc używać kalendarza, nie trzeba być zegarmistrzem, aby móc używać zegara. Techniczna wiedza, również ta powstała w Małopolsce i zachowana do dnia dzisiejszego w małopolskich zbiorach, jest bardzo cenna. Jednak zmagania z czasem mają również swoją drugą, „użytkową” stronę, o czym świadczą liczne zabytki szeroko rozumianej kultury materialnej. Z ich pomocą można pokazać wartość czasu dla naszych przodków, to, jak go rozumieli, a także sposób, w jaki próbowali czas oswajać, zamykając go w postaci skrzynki, pudełka, rękopisu lub druku.

W wydanej kilka lat temu książce pod tytułem Porządek czasu4, Max Engammare, genewski historyk reformacji w przekonujący sposób wyjaśnił, w jaki sposób „wynaleziona” została idea punktualności w czasach Jana Kalwina. Jej źródła należy szukać oczywiście jeszcze w reżimie czasu monastycznego i precyzyjnego podziału dnia na godziny, którym przypisane były określone modlitwy i czytania z Pisma Świętego oraz innych tekstów o charakterze pobożnościowym, oddzielające od siebie poszczególne zadania, którym oddawali się mnisi. W okresie reformacji jednak rygor ten został jeszcze dodatkowo wzmocniony. Przyczynił się do tego zarówno rozwój handlu i konieczność terminowego wywiązywania się z zadań, jak i wpisana w doktrynę Kalwina surowość Stwórcy w ocenie działań ludzkich na ziemi. Precyzyjne działanie w czasie, niemarnowanie go na zbytni wypoczynek, oddawanie się pracy i dokładne dzielenie czasu oraz przypisywanie każdej jego cząstce jakiegoś znaczenia – wszystkie te elementy legły u podstaw zjawiska, którego konsekwencje możemy obserwować do dziś w licznych sklepach z czasomierzami. Wszak pojęcie „dobrego zegarka” (przy okazji również bardzo drogiego) stało się niemal synonimiczne z produktem pochodzącym z którejś z położonych w alpejskich dolinach manufaktur. Jest to naturalnie duże uproszczenie i argumentacja Engammare’a nie ogranicza się wyłącznie do aspektów ekonomicznych czy praktyk duchowych, jednak faktem jest, że to właśnie nowożytna Helwecja na długie stulecia stała się potentatem w produkcji czasomierzy. Nie tylko jednak Szwajcarzy produkowali zegary i nie tylko oni osiągnęli w tym rzemiośle biegłość. Tworzenie przyrządów do mierzenia czasu, podobnie jak tworzenie narzędzi służących przykładowo do obserwacji astronomicznych, wymagało nie tylko rzemieślniczej biegłości, ale także wielu różnych kompetencji, o których zwykle nawet nie myślimy, kiedy spoglądamy na taki zegar, jak chociażby
piękny egzemplarz wieżyczkowy ze zbiorów Muzeum Historycznego Muzeum Historyczne Miasta Krakowa

więcej o obiekcie

lub, bardzo podobny, czasomierz ze zbiorów wawelskich Zamek Królewski na Wawelu Państwowe Zbiory Sztuki

więcej o obiekcie

Mechanizm zegara wymagał dobrej znajomości praw geometrii i mechaniki, dzięki którym mógł być wystarczająco precyzyjny. Dodatkowo potrzebna była wiedza z zakresu metalurgii, dzięki której elementy ukryte w późnorenesansowej wieżyczce mającej ozdabiać stół, na przykład w domu krakowskiego kupca lub miejskim pałacu któregoś z możnych, mogły być wystarczająco wytrzymałe. Wreszcie dochodzi do tego rzemiosło wykraczające daleko poza proste odtwórstwo. Każdy z elementów, począwszy od ogólnej bryły wieżyczki, przez balustradki, po kopułkę z uwięzionym pod nią lwem i znajdującym się na szczycie lisem, musiał być dokładnie przemyślany. Podobnie zresztą jak i sama konstrukcja czasomierza, który składa się z dwóch tarcz: pierwszej, odmierzającej godziny zarówno według 24-godzinnego systemu podziału doby (koncentryczne kręgi z godzinami od 1 do 12 oraz od 13 do 24), oraz mniejszej wskazówki minutowej, z podziałką obejmującą kwadranse. Dodatkową atrakcją, elementem, za pomocą którego anonimowy mistrz z północnych Niemiec, gdzie zegar powstał, ujawnił swój kunszt jest okienko, przez które można zaglądnąć do „wnętrza czasu”. Tam również pewnie nie odnajdziemy odpowiedzi na pytanie o jego istotę, tym niemniej możliwość podglądnięcia nawet zatrzymanych już od dawna zębatek mechanizmu jest fascynującą okazją do przyglądnięcia się rzemieślniczej precyzji i maestrii – cechom, o których bardzo łatwo zapominamy w czasach produktów tworzonych taśmowo i zegarów odmierzających czas w rytm drgań kryształów kwarcu.
Zegar stołowy tzw. kaflak Zamek Królewski na Wawelu Państwowe Zbiory Sztuki

więcej o obiekcie

Innym pięknym przykładem nowożytnego czasomierza jest pochodzący ze zbiorów wawelskich zegar stołowy o nietypowym według naszych dzisiejszych standardów, bo horyzontalnym, ułożeniu tarczy. Również w przypadku tego pochodzącego z 1. połowy XVII wieku cacka, będącego dziełem gdańskiego rzemieślnika Simona Gintera, mamy możliwość zaglądnięcia do środka mechanizmu bez konieczności rozbrajania całego misternie wykonanego pudełka. Ten zegar, w przeciwieństwie do „kościelnej wieżyczki”, przynosi coś więcej, niż tylko mechanizm odmierzania godzin w rytmie dobowym. Barokowe lwie nóżki i wąsaci atlanci w hełmach z pióropuszami podtrzymują mechanizm, który pokazuje, jak dalece czas mierzony w godzinach i minutach jest zależny i zanurzony w czasie astronomicznym i astrologicznym. Wieloelementowa tarcza skrywa bowiem w sobie nie tylko podziałkę godzinową, ale także mechanizm pokazujący fazy Księżyca, przedstawionego tutaj naturalnie jako pyzate oblicze na rozgwieżdżonym niebie oraz mający postać okręgu kalendarz z przypisanymi poszczególnym miesiącom znakami Zodiaku. Chociaż dawny właściciel tego mechanizmu zapewne posiadał w swoich zbiorach papierowy kalendarz pozwalający na sporządzanie krótkich notatek w tabeli miesięcznej (nowożytny Gdańsk słynął również z produkcji takich druków przygotowywanych przez tamtejszych astronomów), to główną rolą takiego obiektu nie musiała być wcale funkcja praktyczna. Rzut oka na tarczę i sprawdzenie godziny czy daty mogło się wprawdzie zdarzać, ale chodziło przede wszystkim o dodanie sobie, a także swojej siedzibie splendoru. Było to symboliczne ulokowanie kapitału w materialnym obiekcie, który mógł wzmacniać pozycję jego właściciela w oczach kontrahentów i dowodzić zamożności, ale też do pewnego stopnia uczoności i znajomości skomplikowanej astronomiczno-astrologicznej materii. Pomimo dosyć rygorystycznego stosunku luteranizmu względem astrologii, Gdańsk był akurat przykładem miasta, w którym zwolennicy Lutra dosyć liberalnie podchodzili do kwestii „gwiazdarskiej nauki” i symboliki astrologicznej 5, a ten konkretny zegar, obok innych gdańskich zabytków, może być tego świadectwem. Dodatkowo ozdobiony scenami zainspirowanymi Metamorfozami Owidiusza, gdański mechanizm na wielu płaszczyznach przypomina o prostym fakcie przemijania i przechodzenia jednej postaci rzeczywistości w drugą. Daleko mu wprawdzie do wyrażania wanitatywnej, naznaczonej lękiem przed śmiercią, barokowej grozy, jednak stanowi materialne ujęcie tej jakości czasu, co do której możemy mieć pewność, że służy do opisywania zmiany, czy to na nieboskłonie, czy to w życiu ziemskim.
Mniej skomplikowane z punktu widzenia astronomii mechanizmy, jednak równie kunsztowne, jak chociażby wyprodukowany w Krakowie w połowie XVIII wieku zegar kaflowy Jana Jakuba Lichty Muzeum Okręgowe w Tarnowie

więcej o obiekcie

późniejszy o kilka dekad
malachitowy zegar Muzeum Ziemi Bieckiej

więcej o obiekcie

o tematyce myśliwskiej, czy wreszcie francuski, powstały około roku 1800 roku i zawierający przedstawienie Apollina oraz globu ziemskiego,
zegar ze zbiorów wawelskich Zamek Królewski na Wawelu Państwowe Zbiory Sztuki

więcej o obiekcie

– stanowią świetne przykłady bogactwa kultury materialnej, której celem było tyleż dostarczenie użytkownikom narzędzi do odmierzania czasu, a przez to lepszego planowania zadań i działań, co również uświetnianie ich przestrzeni domowej, zaspokajanie potrzeb estetycznych i budowanie wizerunku w obliczu odwiedzających ich gości. Nie wiemy dzisiaj, kto był właścicielem bieckiego zegara i czy faktycznie interesowały go polowania w małopolskich lasach, w związku z czym zakupił taki właśnie czasomierz. Nie wiemy też, czy osoba, która sprowadziła zegar z Apollinem uznawała się za tak wielkiego konesera i miłośnika sztuki, aby swoją prywatną przestrzeń przyozdobić wizerunkiem greckiego boga, opiekuna Muz. Bogactwo zachowanych do dziś modeli czasomierzy wskazuje na fakt, że abstrakcyjny, mierzony godzinami i większymi jednostkami, wymiar czasu, mógł być właśnie w ten sposób personalizowany przez kolejnych nabywców zegarów.

Taki proces wiązania praktyki odmierzania czasu z estetyzacją przestrzeni, nadawaniem jej mniej lub bardziej swoiście rozumianego pięknego charakteru, można zaobserwować także w wypadku innych, niż szlacheckie, warstw społecznych. Zachowany w Orawskim Parku Etnograficznym
zegar ścienny Muzeum — Orawski Park Etnograficzny w Zubrzycy Górnej

więcej o obiekcie

pochodzący już z całkowicie innej epoki, niż przedstawione powyżej mechanizmy, i daleko bardziej skromny, pokazuje, że chęć przyozdobienia własnego domu przy jednoczesnym czerpaniu praktycznych korzyści płynących z faktu posiadania zegara dotyczyła również chłopów. Zegary orawskie, dystrybuowane na jarmarkach, były szeroko rozpowszechnione w regionie. Stanowią świadectwo tego, że fach zegarmistrzowski i jego osiągnięcia nie był zarezerwowany wyłącznie dla posiadaczy lepszego statusu majątkowego, dla których zegar był tylko kolejnym elementem wystroju domu, dworu czy pałacu, obok innych bibelotów, dzieł sztuki czy księgozbiorów. W okresie nowożytnym, wraz z rewolucją zainicjowaną przez rozwój druku i pojawieniem się kalendarzy drukowanych, niemal natychmiast pojawiły się na rynku wydawniczym tzw. „kalendarze pasterskie” czy „kalendarze chłopskie”, których marne pozostałości możemy do dzisiaj jeszcze oglądać w kioskach w postaci wątpliwej proweniencji kalendarzy rolniczych czy ogrodniczych, mających podpowiadać działkowiczom korzystny moment dla wysiewania grządek. Odmierzanie czasu było dla warstw niższych równie ważne, jak dla warstw wyższych – a może nawet ważniejsze, bo od prawidłowego zaplanowania działań gospodarczych, a w wypadku używania zegara takiego, jak ten z Zubrzycy Górnej – trzymania się rozkładu dnia, zależał byt ekonomiczny całej chłopskiej rodziny i jej los w kolejnych miesiącach.

Swoją drogą, innym, nieco wcześniejszym przykładem związków czasu i ekonomii jest kolejny eksponat, tym razem z kolekcji Zamku Królewskiego na Wawelu, a mianowicie XVIII-wieczny zegar powozowy wyprodukowany w manufakturze Sebastiana Baumanna i Friedricha Christiana Langpaura w Friedberg w Hesji
zegar powozowy Zamek Królewski na Wawelu Państwowe Zbiory Sztuki

więcej o obiekcie

Ten bardzo starannie wykonany artefakt, ozdobiony scenami mitologicznymi na tylnym wieku koperty, splata w sobie dwa wymiary rzeczywistości, przestrzeń i czas, których symbolami są tutaj odpowiednio: droga, którą musiał pokonać powóz przewożący towary lub osoby z jednego miasta do drugiego oraz ilość godzin (lub dni), jakiej woźnica lub posłaniec potrzebował do wykonania tego zadania, oraz termin, którego musiał przestrzegać, aby nie sprawić zawodu swoim zleceniodawcom i zapracować na ich zaufanie w przyszłości. Jeśli w dzisiejszych czasach niepokoją nas opowieści o kurierach żyjących pod dyktando odbiorników GPS i dokładnego systemu rozliczania czasu pracy (by użyć zaledwie jednego z szeregu możliwych przykładów), pomyślmy o żyjących dwieście kilkadziesiąt lat wcześniej woźnicach, jako ich dalekich przodkach – oni również zmagali się z kilometrami dzielącymi ich od celu i nieubłaganie odmierzanymi minutami i godzinami, aby dostarczyć ludzi i korespondencję na miejsce, stawiając śmiało czoła kapryśnej Fortunie, której wizerunek znalazł się na posrebrzanym wieku zegara.

Istnieją jednak takie obiekty, które przypominać miały i nadal przypominać mogą o tym, że czasu nie da się zredukować jedynie do ujmowanych matematycznie zależności pomiędzy naszym dobowym i rocznym rytmem życia a cyklem zjawisk astronomicznych, takich jak wschody i zachody słońca, kolejne pełnie księżyca, równonoce, przesilenia i związane z nimi pory roku. W świetle tych obiektów redukcja czasu do mechanizmów ekonomicznych, dla których głównym wyznacznikiem jest punktualność, terminowość, wywiązanie się z zadania na czas, efektywność działania – również wydaje się być nadmiernym, może nawet małostkowym uproszczeniem, złożeniem czasu w ofierze biblijnej mamonie.

Powróćmy jeszcze na chwilę do epok nieco dawniejszych. Pod koniec XVII wieku w toruńskiej manufakturze Lorenza Wolbrechta wyprodukowano

zegar o dosyć nietypowej formie Zamek Królewski na Wawelu Państwowe Zbiory Sztuki

więcej o obiekcie

Z jednej strony przypomina on wspomniany wyżej kaflowy zegar gdański, a to za sprawą skomplikowanej tarczy, która nie służyła wyłącznie do odmierzania czasu w rytmie dobowym, ale stanowiła narzędzie do obserwacji jego upływu zgodnie z biegiem kalendarza, zmian faz Księżyca, wejść Słońca w kolejne znaki Zodiaku i zmian pór roku. Z drugiej strony jego wertykalna forma może przywodzić skojarzenia z zegarami wieżyczkowymi, o których również była mowa wyżej. W zegarze tym jednak istnieje pewien metafizyczny, może nawet teologiczny naddatek, a odpowiedzialna zań jest jego forma, zbliżająca ten barokowy czasomierz do używanej w kościołach monstrancji. Podtrzymywana przez nereidę, sporych rozmiarów tarcza zwieńczona niby-kościelną wieżyczką, zwłaszcza z daleka, za sprawą jasnego, okrągłego kształtu znajdującego się w centrum całego obiektu, może przypominać relikwiarz lub ozdobny pojemnik używany w liturgii do przechowywania poświęconej hostii. Nie mamy pewności, czy taka intencja stała za projektem Wolbrechta, jednak fakt, że tego rodzaju zegary spotykane są w obiektach sakralnych i przedstawieniach o charakterze religijnym, może wskazywać na próbę przerzucenia pomostów pomiędzy czasem ziemskim i ziemską rzeczywistością a porządkiem Boskim, któremu człowiek podlega i za sprawą którego zanurzony został w czasie i poddany przemijaniu. Ujęcie tarczy zegara w misternie wykonanej złotniczej konstrukcji w tym wypadku budzić może już nie tylko zdziwienie stopniem komplikacji różnych aspektów odmierzania czasu, ale również skojarzenia z wszystkimi wzmiankami pojawiającymi się w Biblii, w których Bóg jawi się jako władca czasu, ten który go może zatrzymać (jak w wypadku wojny toczonej przez Jozuego), wydłużyć (jak w wypadku czasu życia proroka Enocha), i wreszcie – jako ten, który sprawuje ostateczną pieczę nad dziejami, które nie są przecież niczym innym, niż sumą milionów i miliardów minut oraz godzin. Taka „monstrancja czasu” w dobie baroku mogła stanowić jeszcze jedno memento, przypomnienie o przemijalności świata ziemskiego oraz o tym, co dla człowieka wierzącego powinno być ważne. Tego typu wizualne przypomnienie – z uwzględnieniem zegara! – odnajdujemy zresztą na osiemnastowiecznym obrazie powstałym w Starym Sączu Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu

więcej o obiekcie

a przechowywanym w zbiorach nowosądeckiego Muzeum Okręgowego. To dosyć naiwne i dalekie od artyzmu barokowych mistrzów dzieło przedstawia dwie płaszczyzny chrześcijańskiego rozumienia czasu. Z jednej strony – syntezę chrześcijańskiej historiozofii ujętej w postaci historii zbawienia: znajdująca się w lewym górnym rogu scena przedstawia wygnanie Adama i Ewy z Raju po zjedzeniu przez nich owocu z drzewa poznania dobra i zła, moment kluczowy dla całej wizji kondycji ludzkiej, jaką odnajdujemy na kartach Biblii – wytrącenie z rajskiego szczęścia i wtrącenie w ziemski znój, naznaczony również upływem czasu. W prawym górnym rogu widzimy scenę ukrzyżowania z Maryją i św. Janem Apostołem znajdującymi się pod krzyżem. To, co w wielu przedstawieniach sceny na Golgocie było ujmowane syntetycznie w postaci krwi Jezusa (teologicznego „nowego Adama”) obmywającej czaszkę Adama, pierwszego człowieka, znajdującą się u stóp krzyża, anonimowy malarz ukazał w formie scen przywołujących skojarzenia ze średniowiecznymi „bibliami ubogich” (Biblia pauperum). Ujęte tu zostały dwa z trzech kluczowych dla chrześcijańskiej historiozofii wydarzenia: upadek pierwszych rodziców i zbawienie. Naturalnym i oczekiwanym przez chrześcijan domknięciem tego historycznego cyklu powinno być natomiast powtórne przyjście Jezusa i Sąd Ostateczny. Znamienne jest również to, że zarówno początek dziejów ludzkości, jak i data śmierci Jezusa wzbudzały duże kontrowersje wśród nowożytnych chronologów i stanowiły wieczną kość niezgody przy próbach ustalania wieku świata, dokładnych dat z biografii Jezusa, by nie wspomnieć o licznych kontrowersjach związanych z datowaniem innych wydarzeń. Starosądecki artysta wydaje się jednak o wiele bardziej zainteresowany inną kwestią, a mianowicie zbawieniem jednostkowej duszy ludzkiej. U dołu obrazu znajdujemy bowiem swego rodzaju wanitatywny rebus stanowiący przestrogę dla tych wszystkich, którzy oddają się zanadto kultywowaniu rzeczy materialnych i dóbr tego świata, a zapominają o tym, co czeka na nich w niebie i czego obietnicę zawierają znajdujące się wyżej dwie sceny z historii zbawienia. Twarz młodej kobiety, przyozdobiona utrefionymi włosami i bogatym kolczykiem w uchu, zostaje skontrastowana z nagą czaszką, z której oczodołu wychodzi wąż, podtrzymujący owoc, stanowiący jeszcze jedno przypomnienie o upadku Adama i Ewy. Nad tą dwoistą głową znajduje się tarcza zegara ze wskazówkami pokazującymi 15 minut do godziny dwunastej, a napisy znajdujące się wokół tarczy i twarzy: „Pamiętaj, że umrzesz” (Memento mori), „Przychodzi godzina, módl się człowiecze” (Venit hora, homo ora), „Co mnie dzisiaj, jutro tobie” (Hodie mihi, cras tibi) nie pozostawiają większych złudzeń co do przekazu obrazu – czas dany na ziemi, choćby nie wiadomo jak bardzo precyzyjnie odmierzany, podporządkowany jest wyższej rzeczywistości i należy o tym w każdej sekundzie życia pamiętać.

O tej wyższej rzeczywistości, utrwalanej w religijnych dziełach, przekazywanej na różne sposoby tradycji, przypominać miał również cykl świąt wpisany w „cywilny” kalendarz pór roku, prac gospodarskich, działalności handlowej, jarmarków i różnego rodzaju spotkań. Tak jak dzisiaj nie zastanawiamy się już specjalnie nad tym, skąd bierze się „ruchomość” niektórych świąt, czy to w kalendarzu chrześcijańskim, czy żydowskim, tak też wiedza ta nie była powszechnie potrzebna w dawniejszych epokach. Miała ona jednak swoją skomplikowaną strukturę, a teorię kalendarza, metodę wyznaczania kolejnych miesięcy i dat świąt określa się mianem komputystyki. Od samego początku chrześcijaństwa i pojawienia się pierwszych kontrowersji związanych z terminem obchodzenia świąt Wielkiejnocy możemy mówić o nierozerwalnym i ścisłym związku pomiędzy kalendarzem żydowskim i chrześcijańskim – nawet jeśli wyznawcy obu religii odnosili się do siebie z niechęcią, byli od siebie na wielu poziomach zależni. Ci drudzy nie mogli obchodzić świąt Zmartwychwstania przed lub w trakcie Paschy żydowskiej, ci pierwsi z kolei żyjąc w zdominowanej przez chrześcijan Europie siłą rzeczy musieli do pewnego stopnia respektować religijny kalendarz – czy to katolików, czy też prawosławnych lub protestantów. Świadectwem religijnej i astronomicznej refleksji nad tymi zagadnieniami są liczne traktaty poświęcone teorii kalendarza, które powstawały pod piórami zarówno chrześcijańskich, jak i żydowskich uczonych. Koncentrowały się one głównie na kalendarzu właściwym dla danej religii, ale zawsze zawierały również poglądowe przedstawienie kalendarza strony przeciwnej, dzięki czemu możliwa była konwersja dat i koordynacja różnych systemów mierzenia czasu. Choć nie była ona motywowana względami pokoju religijnego, to przynajmniej uzasadniona pragnieniem i koniecznością dokonywania niezakłóconej niczym wymiany gospodarczej. Świadectwem tej refleksji są liczne rękopisy i druki komputystyczne zachowane w krakowskich bibliotekach, w tym rękopisy tzw. komputu żydowskiego (computus iudaicus lub computus Iudaeorum) znajdujące się w Bibliotece Jagiellońskiej czy – pochodzący z końca XVII wieku a przechowywany w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa – rękopis Diwrej Dawid, traktat astrologa i astronoma żydowskiego Dawida ben Jakuba Muzeum Historyczne Miasta Krakowa

więcej o obiekcie

Użytkownicy Wirtualnych Muzeów Małopolski mają wgląd do jednej z najbardziej widowiskowych części tego rękopisu, a mianowicie do papierowych mechanizmów zwanych rotułami (rotulae), które składały się z nałożonych na siebie papierowych okręgów osadzonych na wspólnej osi. Ich obracanie pozwalało m.in. na przeliczanie dat z jednego kalendarza na drugi, dokonywanie dających się ująć w postaci algorytmu obliczeń astronomicznych, wyznaczanie astrologicznych prognoz, ustalanie dat świąt, takich jak chociażby Chanuka, czyli Święto Świateł, z którym związany jest – również obecny w zbiorach WMM –
dziewięcioramienny świecznik Muzeum Historyczne Miasta Krakowa

więcej o obiekcie

a także innych obrzędów, dla których wykładnię można odnaleźć w Torze biblijnym Pięcioksięgu, zob.
Zwój Tory Muzeum w Chrzanowie im. Ireny i Mieczysława Mazarakich

więcej o obiekcie

oraz dopełniających ją pismach składających się na żydowską tradycję. Krakowski rękopis Diwrej Dawid jest jednym z wielu tego rodzaju materialnych dokumentów teoretycznej refleksji na temat czasu w nowożytnej Europie, w tym w nowożytnej, wielokulturowej Małopolsce, a na szerszym planie – przypomina raz jeszcze o kolistym, cyklicznym charakterze czasu, według którego toczyło się życie naszych przodków, niezależnie od ich przynależności etnicznej czy wyznaniowej, i według którego toczy się również dzisiaj, choć w o wiele bardziej zawrotnym tempie. Nasi przodkowie mogą się nam wydawać bardzo odlegli – inaczej myśleli, inaczej się ubierali, w co innego wierzyli i inaczej postrzegali świat. Przeszłość jest dla nas „obcym krajem”, do którego wykonujemy różnego rodzaju ekspedycje, w których pomagają nam zarówno prace badaczy, jak i wirtualne lub fizyczne wyprawy do muzeów. Na ten obcy kraj składają się zarówno kunsztowne wytwory dawnego arcydzieła i teoretycznej refleksji, powstałe w XVI, XVII i XVIII wieku, jak i przedmioty czysto użytkowe, nie mające już w sobie powabu unikatowego obiektu, ale nadal mogące sprawiać wizualną przyjemność swoim kształtem – jak chociażby
modernistyczny radioodbiornik 7–39 z polskich zakładów Philipsa Muzeum Inżynierii Miejskiej

więcej o obiekcie

czy prosty w formie, choć pochodzący z liczącej sobie ponad dwieście lat firmy Hausmann naręczny mechaniczny zegarek Muzeum Inżynierii Miejskiej

więcej o obiekcie

– ważny dla Małopolski z tego względu, że stanowiący jedną z pamiątek po Janie Pawle II.

Tym, co niewątpliwie może połączyć nas z przodkami, jest czas – choć odmierzany za pomocą różnego rodzaju urządzeń i mechanizmów, opakowywanych według zmieniających się gustów i estetyk, był i jest strumieniem, w którym zarówno oni, jak i my jesteśmy zanurzeni, i wobec którego biegu zarówno oni, jak i my możemy jedynie stanąć i się zadziwić. Tak jak oni walczyli o wyrwanie czasowi jeszcze kilku chwil, miesięcy, lat, aby móc dłużej nacieszyć się ziemskim życiem i dokończyć podjęte przez siebie zamierzenia, tak i my pragniemy czas zaoszczędzić lub – w śmiałych marzeniach – pokonać, wiecznie czasu niesyci i wiecznie narzekający na jego brak. Takim wyzwaniem rzuconym nadgryzającemu przedmioty czasowi jest niewątpliwie projekt Wirtualnych Muzeów Małopolski, umożliwiający pokonanie przestrzeń i oglądanie różnego rodzaju obiektów na ekranie domowego komputera. Pozwala on również pokonać czas i wyprawić się w świat przedmiotów tworzonych i używanych przez ludzi, których od dawna już nie ma pośród żywych, a którzy – tak jak my – zanurzeni byli w wielkiej, wszechogarniającej rzece czasu.

W tekście wykorzystane zostały wyniki badań sfinansowanych ze środków Narodowego Centrum Nauki przyznanych w ramach finansowania stażu po uzyskaniu stopnia naukowego doktora na podstawie decyzji numer DEC-2013/08/S/HS3/00192 (Chronologia i kalendarze w kulturze umysłowej Europy Środkowo-Wschodniej, 1400–1700).


Przypisy


1 Zob. J. Naumowicz, Geneza chrześcijańskiej rachuby lat. Historyczno-teologiczne podstawy systemu Dionizego Mniejszego , Kraków–Tyniec: Wydawnictwo Benedyktynów, 2000.
2 Zob. T. Przypkowski, Udział polskich astronomów w reformie kalendarza oraz spór o kalendarz gregoriański, [w:] Historia astronomii w Polsce, red. E. Rybka, Wrocław: Ossolineum, 1975, t. I, s. 215–228.
3 Sz. Żebrowski [= M. Łaszcz SJ], Zwierciadło roczne na trzy części rozdzielone , Kraków: Drukarnia Łazarzowa, 1603, s. 5–6.
4 M. Engamarre, L’ordre du temps: L’invention de la ponctualité au XVI e siècle , Genève: Librairie Droz, 2004.
5 Por. A. Woziński, W świetle gwiazd. Sztuka i astrologia w Gdańsku w latach 1450–1550 , Gdańsk: słowo/obraz terytoria, 2011.

Bibliografia

• Blackburn B., Holford-Strevens L., The Oxford Companion to the Year: An Exploration of calendar customs and time-reckoning, Oxford 1999.
• Czerwiński Z., Poskramiacze czasu. Rzecz o kalendarzu, a szczegolnie polskim drukowanym kalendarzu książkowym, Poznań 2006.
• Engamarre M., L’ordre du temps: L’invention de la ponctualite au XVIe siecle, Geneve 2004.
Kalendarze, red. E. Gigilewicz, Lublin 2003.
• Naumowicz J., Geneza chrześcijańskiej rachuby lat. Historyczno-teologiczne podstawy systemu Dionizego Mniejszego, Kraków–Tyniec 2000.
• Nothaft C.P.E., Dating the Passion: The Life of Jesus and the Emergence of Scientific Chronology (200–1600), Leiden–Boston 2012.
• Nothaft C.P.E., Medieval Latin Christian Texts on the Jewish Calendar: A Study with Five Editions and Translations, Leiden–Boston 2014.
• Pomian K., Porządek czasu, przeł. T. Stróżyński, Gdańsk 2014.
• Przypkowski T., Udział polskich astronomow w reformie kalendarza oraz spor o kalendarz gregoriański, [w:] Historia astronomii w Polsce, red. E. Rybka, Wrocław 1975, t. I.
• Wąsowicz H., Chronologia średniowieczna, Lublin 2013.
• Woziński A., W świetle gwiazd. Sztuka i astrologia w Gdańsku w latach 1450–1550, Gdańsk 2011.

Michał Choptiany – dr, absolwent Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, adiunkt na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się środkowoeuropejskimi dyskusjami na temat chronologii i reformy kalendarza w okresie od XV do XVII wieku, łącząc w swoich badaniach historię literatury dawnej, kulturową historię nauki oraz historię książki i czytelnictwa (zob. http://chronologiauniversalis.wordpress.com).

Tekst: Michał Choptiany CC-BY 3.0 PL

Projekt graficzny i wykonanie: Anna Zabdyrska CC-BY 3.0 PL

Prezentacja interaktywna: Igor Szelest

Redakcja: Kinga Kołodziejska